Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nie na temat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nie na temat. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 marca 2015

Życie za granicą....

     Od dziecka, gdy bawiłam się w domek z koleżankami wyobrażałam sobie moje życie w dorosłości i własną rodzinę. Gdy byłam nastolatką nie mogłam się doczekać kiedy opuszczę dom i zamieszkam we własnych kątach. Jednak nigdy by mi do głowy nie przyszło, że opuszczając dom, opuszczę też swój kraj. Każdy z nas wie, że podróże kształcą, ale zmiana miejsca zamieszkania w innym państwie no to już inna bajka.



1. Musisz spakować swój cały dobytek w jedną walizkę.

Nie jest łatwo wybrać najlepsze rzeczy a zarazem najbardziej przydatne. Jednak to co zabierzemy będzie z nami. Różne pamiątki i cenne rzeczy... no chyba, że zginie Ci bagaż lub go ukradną.



2. Masz wszystko podwójne.

Dwa domy, dwa telefony, dwa języki do ogarnięcia i różne monety w portfelu. Monety z państwa w którym obecnie nie jesteś zawsze wpadną Ci w ręce pierwsze.




3. Adrenalina staje się częścią Twojego życia.

Wyjeżdżając w obce zazwyczaj nie wiemy w co się pakujemy. Pomimo różnych obietnic, rzeczywistość bywa różna. Nasze emocje szarpią nami doszczętnie. Na jakiś czas rutyna zostaje zastąpiona mixem wrażeń, emocji i zdarzeń. Nabieramy nowych nawyków i osiągamy nowe wyzwania.



4. W domu rodzinnym czas się zatrzymał.

Nie jest ważne gdzie i na jak długo opuszczasz dom rodzinny. Po powrocie praktycznie zawsze wygląda tak samo. Twoi rodzice mają te same zachowania i wykonują tą samą rutynę, gdy Ty przywozisz bagaż doświadczeń i wrażeń. Pragniesz podzielić się wszystkim co doświadczyłaś, ale po pewnym czasie uzmysławiasz sobie, że nie jesteś zrozumiana w 100% i czasem oni nie podzielają Twojego entuzjazmu czy ekscytacji.


5. Jesteś obcy.

Nie jest ważne jak bardzo poznasz obcy język i akcent, ludzie zawsze będą słyszeć w Twoim głosie coś innego. Pomimo, że zadomowisz się w obcym kraju, obcy kraj nie zaakceptuje Ciebie. Obcy kraj nigdy nie będzie wyglądał i brzmiał jak ojczyzna. Zawsze będziesz imigrantem, który przyjechał za chlebem.



6. Myślisz w więcej niż jednym języku.

Ten kto nigdy nie wyjechał za granicę i był zmuszony mówić w obcym języku nigdy nie zrozumie tego podpunktu. Posługiwanie się dwoma językami często bywa uporczywe. Wtrąca się obce słówka lub zapomina. Nie ważne jak bardzo dobrze nauczysz się obcego języka, nigdy nie będzie Ci się tak swobodnie rozmawiało jak w ojczystym (no chyba, że opuścisz kraj jako małe dziecko).


7. Poznanie siebie.

Jest wiele sytuacji w których możesz poznać siebie. Wyjazd za granicę jest jednym z nich. Po pierwsze jesteś odważny. Jeżeli opuszczasz wszystko co miałeś do tej pory, całe życie i stabilizacje dla nieznanego, jesteś albo bardzo odważny albo dla innych szalony. Nigdy nie dowiesz się czy Twoje życie byłoby lepsze, gdy nie spróbujesz - hazardzista. Czasami będziesz zdany sam na siebie i będziesz swoim najlepszym przyjacielem.


8. Poczujesz wolność.

Wyprowadzając się z domu, czujesz wolność bo uwolniłeś się od rodziców. Wyjeżdżając za granicę czujesz wolność od rodziców ale również od znajomych i całej przeszłości. Jesteś jak tabula rasa i możesz zacząć nie tylko nowy rozdział w życiu, ale i nowe życie.


9. Częściej będziesz mówić "do widzenia".

Wyjeżdżając za granicę poznajesz nowych ludzi. Każdy z nas szuka swojego miejsca na ziemi. Często okazuje się, że miejsce naszych marzeń tak na prawdę nim nie jest i szukamy dalej. Poznajemy ludzi i ich opuszczamy. W nowym miejscu poznajemy innych i oni mogą poszukiwać swojego miejsca gdzie indziej. Nic nie trwa wiecznie.


10. Akceptacja nowego miejsca.

Przyjeżdżasz do innego kraju wszystko wydaje się inne, dziwne nie normalne. Wszystko co robiłeś do tej pory było normalne a teraz ludzie robią to zupełnie inaczej (nawet otwieranie okna). Z biegiem czasu przyzwyczajasz się do nowych norm i wracając w odwiedziny do domu odkrywasz stare rzeczy i nawyki od nowa. Żyjąc w innym kraju zdajesz sobie sprawę, że "normalne" jest zależne od akceptacji nowego miejsca i kultury.



11. Stajesz się gościem w swoim własnym domu i turystą w swoim własnym mieście.

Ze względu, że rodzina nie widziała Cie przez długi czas troszczą się o Ciebie jak o najcenniejszego gościa i chcą spędzić z Tobą każdą minutę. W Twoim mieście nastąpiły wielkie zmiany. Zamknęli Ci ulubiony bar i otworzyli nowy. Znajomi pokazują Ci ich nowe ulubione miejsca, odkrywasz że piwo w PL jest bardzo tanie :)


12. Uczysz się jak być cierpliwym i pytać o pomoc.

Po opuszczeniu kraju często jesteśmy zdani sami na siebie, a najłatwiejsze rzeczy wydają się być ogromnym wyzwaniem. Wypełnienie nowych dokumentów, odszukanie w głowie słówka w obcym języku by zdanie miało sens. Z biegiem czasu zrozumiesz, że pytanie o pomoc to nie jest nic złego, czasami jednak ktoś nie będzie potrafił nam pomóc. Musimy wziąć się w garść i pomimo iż coś wydaje się dla nas nierealne, na końcu drogi przynosi nam wielką satysfakcje, że udało nam się to zdobyć samemu. Musimy być tylko cierpliwi i wierzyć we własne możliwości.


13. Czas ucieka szybciej.

Będąc w nowym miejscu często kontaktujemy się z rodziną i znajomymi poprzez telefon czy skype. Dowiadujemy się o urodzinach na które my nie mogliśmy przyjść, co wydarzyło się podczas naszej nieobecności w domu czy mieście. Mamy wrażenie że od czasu kiedy rozmawialiśmy z rodziną ostatni raz czas miną bardzo woooooooolno. Natomiast obserwując nasz czas teraźniejszy mamy wrażenie, że czas ucieka strasznie szybko. Rano wstajemy i nagle dzień nam mija, a lista rzeczy do zrobienia jest jeszcze długa. Odnosicie wrażenie, że nie macie na nic czasu, gdy wasza rodzina praktycznie tylko siedzi na skype by z wami porozmawiać.



14. Tęsknota.

Zdarza się tak, że po przyjeździe do obcego kraju zaczynamy doceniać i tęsknić za tym co nasze, polskie, domowe. W niedziele rano brakuje nam mamusi rosołku, gdy mamy doła nasza przyjaciółka nie może wpaść na pogadankę i zjeść czekoladę. Święta w gronie obcych ludzi już nawet nie pachną tak samo. Teraz to Wy wypełniacie dodatkowe miejsce przy świątecznym stole. Będąc w muzeum odczuwacie radość widząc polskie litery na tablicy. Zaczynacie tęsknić za rzeczami na które nawet byście nie zwrócili uwagi będąc w domu.... i tak nie wiele osób może was w tym momencie zrozumieć.


15. Zmieniasz się.

Po przyjeździe na nowe miejsce wszystko wydaje się takie inne, nowe. Ludzie jedzą posiłki o innych porach, na papierowych talerzach, popijając winem? że co.... z biegiem czasu Ty też akceptujesz nową sytuacje, zmieniasz się. Gdzie wcześniej coś było dla Ciebie nie do pomyślenia teraz jest twoją nową rutyną. Poza zmianą upodobań, zmieniasz swoją osobowość, stajesz się bardziej otwarty, znajomość obcego języka używanego bardzo często zmienia nawet Twój tok myślenia. Uśmiechasz się do obcych ludzi na ulicy, prawisz komplementy, nowe miejsce jest dla Ciebie satysfakcją więc jesteś zadowolony, szczęśliwy. Wracasz do domu i jesteś dla starych znajomych..... "dziwny".


   Mówi się, że wszędzie dobrze gdzie nas nie ma, że w domu najlepiej. Na końcu każdej wycieczki tam jest zawsze powrót. Czasami może to jednak oznaczać poddanie się, zrezygnowanie. Świadomość że zaszliśmy tak daleko nie pozwala nam czasami zawrócić. Pomimo iż zostawiliśmy tak wiele za nami, to co jest przed nami wydaje się mieć bardziej kolorową przyszłość. Pomyśl sobie gdzie byś był, gdybyś wtedy nie opuścił domu i skoro już tak wiele zrobiłeś, pomyśl ile możesz jeszcze zrobić....



post powstał na podstawie artykułu 17 cosas que cambian para siempre cuando vives en otro país - See more at: http://masedimburgo.com/2014/05/10/cosas-que-cambian-para-siempre-cuando-vives-en-otro-pais/#sthash.OsylRjQe.dpuf

sobota, 18 października 2014

Ognisko i Ja!

Hey!!

zapraszam was dzisiaj na ognisko...



Ostatnio jakis anonim mi napisal pod filmikiem z dieta 1000kcal, ze sie zmianilam. Tu jest zdjecie potwierdzajace ta teze. Po lewo zdjecie z Chicago kwiecien 2013, zdjecie z prawej sierpien 2014.
Zeby nie bylo, na tym zdjeciu po lewo tez mam makijaz i zrobione wlosy :P 

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Niby zwykły dzień, ale zapamiętam go na bardzo długo.

Jestem już w USA 258 dni. Zleciało nie wiem kiedy, normalnie jak jeden dzień. Jeszcze wczoraj pamiętam jak tłukłam się ponad 10h samolotem do USA. A dziś jestem tu już 8 miesięcy. Szmat czasu... nie chce sie rozwodzić co jest fajne, co mnie urzekło i zmieniło. Przy najmniej nie tym razem. Ten post ma na celu, ostrzeżenie przed tym co może was czekać w USA.

Po pierwsze, chciałabym usprawiedliwić wszystkie au pair'ki, które piszą, piszą bloga aż nagle cisza. Uwierzcie mi, mnie też już to dopadło. Gdy tu przyjechałam wszystko mnie fascynowało i wszystkim chciałam sie podzielić. Teraz to jest dla mnie normalne życie i nic nie robi już na mnie większego wrażenia. Gdy mam wolny czas, zawsze przez myśl mi przejdzie napisanie nowego posta. Pomimo to najnormalniej w świecie mi się nie chce. Wolę gdzieś jechać, spotkać się ze znajomymi... Napisanie takiego posta zajmuję czasami parę minut a czasami i parę godzin, jeśli wrzucamy sporo zdjęć.

Jestem w trakcie pisania posta o Washingtonie (oj dzialo się :P ) ale jeszcze nie jest skończony :/

Wracając do głównego wątku... Jak wspomniałam, wszytsko wydaje mi się juz normalne i oczywiste. Nawet, to że wbiłam ostatnio z Natalia na Amerykańskie party a kolesie na podłodze zaczęli czytać Biblię na głos i szukać odpowiedzi na nurtujące pytania ludzkości - było czymś normalnym.

Ale.... do soboty!

W sobotę ja, Natalia, Sheldon i Sheldona kumpel Ben pojechaliśmy na balety. W Cincinnati jest taka ulica, gdzie jest obok siebie mnóstwo imprez, a przy okazji zajebisty widok na panoramę miasta. Pomimo, że Syla wypiła dużo już w samochodzie, zdjęć oczywiście nie mam.

Weszliśmy do pierwszego klubu. Syla kupiła piwa i postanowiłam wyjść z Natalią na chwilę na zewnątrz. Usiadłam na ławce, postawiłam piwo koło siebie i szukałam w torebce telefonu. Wtedy podszedł do mnie pan policjant, bez słowa zabrał mi piwo i wyrzucił do kosza. Uprzejmie zapytałam, dlaczego to zrobił, on odpowiedział, że nie wolno pić w miejscu publicznym i że powinnam dostać jeszcze 150$ mandatu. No ale ok...

Zmieniliśmy lokal na sąsiedni. (Wszędzie wejście za free :D )
Weszliśmy na samą górę napić się piwa i wtedy do mnie i do Natalii dosiadło się 2óch kolesi. Wyglądali na normalnych, jeden obcokrajowiec, ale już nie pamiętam skąd. Po krótszej rozmowie okazało się, że jeden z nich ma dziewczynę z Polski. Mało tego znał parę słówek po Polsku. Potem dosiadło się jeszcze paru kolegów i wszyscy zaczęli do nas mówić po Polsku, "jak się masz?" "co u Ciebie?" "dziękuję, dobrze"! Byłam po prostu nimi oczarowana :P
Natalia mówiła, że później jeden z nich zaśpiewał "Ona tańczy dla mnie".

Gdy czas imprezowy się skończył a my zjedliśmy amerykańskie hot-dog'i, zaczęliśmy szukać stacji benzynowej. Ben chciał kupić papierosy. Oczywiście GPS 2 razy wskazał nam nie istniejące stacje. Sheldon się wkurzył i powiedział, że będziemy jechać do domu, a po drodze na bank znajdziemy jakąś stację. I tak też się stało i to szybciej, niż nam się wydawało. Stacja jak stacja... Natalia poszła z Benem, a ja zostałam z Sheldonem w samochodzie. Sheldon mi powiedział, że okolica nie wygląda na ciekawą. Pokazał mi druty kolczaste za budynkiem stacji. Dosłownie po tym jak Sheldon mi to pokazał, usłyszeliśmy potworny huk!! Niczym wystrzał gigantycznej petardy, a po sekundzie, ktoś walną samochodem w nasz tył! Byłam przerażona, Sheldon tylko na mnie spojrzał i powiedział, że ktoś w nas uderzył. Wyszliśmy na zewnątrz obejrzeć samochód, na szczęście skończyło się na małym zadrapaniu, pomimo, że uderzenie w samochodzie wydało się konkretne. Jak się później okazało, ta "petarda" to był pistolet. Ktoś po prostu strzelił z tego samochodu i próbował szybko uciec. Z tego co widzieliśmy nikt nie został ranny. Albo zamachowiec chybił, albo dał ostrzegacze strzały w niebo. Na szczęście nikt nie zginął.

Po co to mówię?!
Ohio to spokojny stan, przez wielu nazywany nudnym. Cincinnati to małe, ale urocze miasto.
Skoro w takim mieście dzieją się takie rzeczy, pomyślcie sobie co dzieje się w NYC, MIAMI czy innych dużych miastach. Nie mówię tego, żeby was przestraszyć, zniechęcić do wyjazdu czy coś. Jeśli, ktoś ma zginąć to zginie, choćby na środku pola. Moim punktem jest, abyście byli świadomi co się święci w USA i co może was spotkać na co dzień. Wiem, że to co nas nie dotyczy osobiście, nie robi na nas większego wrażenia. Ale ja już to przeżyłam. Poza tym praktycznie każdy mój znajomy ma pistolet (praktycznie, bo nie każdego o to pytam). Kiedyś miałam okazję być na domówce, gdzie jeden typ przyniósł swój pistolet, by się pochwalić. Teraz pomyślcie, impreza + alkohol + pistolet, moim zdaniem równanie nie może być pozytywne.

To tyle w temacie,

pozdrawiam i do przyszłego


poniedziałek, 27 maja 2013

What the fuck is wrong with you?




Jestem już w OHIO z moją tzw. przybraną rodziną 8 miesięcy. Bardzo ich lubię co ostatnio jest bardzo dla mnie kłopotliwe. Chciałabym ich po prostu nie lubić, żeby nie mieć żadnych problemów z podjęciem decyzji. Od kiedy zaczął się zbliżać wielkimi krokami czas podjęcia ostatecznej decyzji, Syla coraz bardziej jest w gigantycznej kropce. Jeszcze kilka tygodni temu, byłam święcie przekonana, że chcę wyjechać do Miami. Tak jak bardzo stresowałam się rozmową z rodziną na temat zostania i tak jak szybko ona została przeprowadzona, tak teraz tego żałuje. Nie wiem czy to było dobre posunięcie. Ciągle zmagam sie z 1000 pytań co dalej. 3 razy byłam specjalnie poinformować hostów, że u nich zostaję. Zawsze coś mi przeszkodziło. Po kilku dniach byłam zadowolona, że im tego nie powiedziałam bo zmieniłam zdanie. Teraz znów kurwa nie wiem co robić. Chciałabym jechać do Miami. Zobaczyć coś nowego, zwiedzić inne stany w pobliżu. Poznać nowe osoby, nową rodzinę, nowe miejsce. Po raz trzeci rozpocząć nowe życie. Tylko tym razem nie jest to takie proste jak decyzja o przyjeździe do USA.
Dlaczego?

Nie chcę zwalić całej winy na Sheldona, ale nie ukrywam, że on też odgrywa ważną rolę w tej kwestii. Zawsze wyznawałam zasadę, że nikt i nic nie jest wstanie mnie zatrzymać. Póki nie mam dzieci i męża, jestem niezależna i nie dbam o innych. Ciągle gdzieś jeździłam, zmieniałam pracę wiele razy ( no w tym przypadku akurat chodziło o dupne zarobki, ale sam fakt). Przyjechałam na drugi koniec świata. Teraz chciałabym jechać na drugi koniec kontynentu. Później może jako au pair do Chin a jako wisienka na torcie będzie Kanada i zostanie tam na stałe. No ale pytanie, co jeśli Kanada nie jest taka urocza jak się wydaje zwykłemu turyście, jak mi?! Co jesli zachcę mi się wrócić do USA, ale wtedy to juz nie będzie takie łatwe.
Może i bym nie miała z tym żadnych problemów i może to co zaraz napisze wyda wam się głupie, ale to wszystko przez głupie chińskie ciasteczko z wróżbą!!



Może to własnie jest prawda. Całe życie czegoś szukam, ale sama nie wiem czego. Jak mogę wiedzieć czy to znalazłam jeśli nie rozglądam się dookoła, nie doceniam tego co mam. Żyje tylko przyszłością. Staram sie nie zarzucać kotwicy w żadnym punkcie, bo zaraz muszę ruszyć dalej. Na wszystko narzekam, ciągle chcę czegoś lepszego i czegoś więcej. A może potem będzie już gorzej? To co daje mi szczęście, nie jest przeze mnie doceniane. 

wooo zbyt dużo pytań i zbyt mało odpowiedzi. 

Chciałabym, aby ktoś mi powiedział prosto w oczy:

"Jedź do Miami, realizuj swoje marzenia, bo to one są najważniejsze. Nie dbaj o innych, bo pamiętaj, że każdy ma Cię w dupie i prędzej czy później zapomni o Tobie. Każdy dba tylko o siebie, Ty tez tak rób. Jak nie pojedziesz teraz nigdy się nie dowiesz kogo byś tam spotkała. A może czeka tam na Ciebie Twój przyszły mąż i jest "normalny" jak większość kolesi. Masz szanse zwiedzić więcej za małe pieniądze. Słońce przez cały rok. Miami było pierwszym miejscem do którego chciałaś jechać po przyjeździe do USA"

or

"Zostań w Ohio, masz tutaj super przyjaciół, genialną host family, nie masz dużo obowiązków. Nie płacisz za paliwo, jeździsz gdzie chcesz. Wracasz kiedy Ci się chcę. Tygodniowo nie pracujesz więcej niż 20h. Poza tym jazda samochodem to nie jest praca. Znasz doskonale Cincinnati i podoba Ci się tu. W gruncie rzeczy nie chcesz stąd wyjechać, bo boisz się zmian. A co jeśli nie znajdziesz rodziny w Miami i wylądujesz w najlepszym wypadku a Alabamie. Co jeśli trafi Ci sie rodzina z czworaczkami 2 letnimi lub gdy po miesiącu będziesz w re-match? Nie znajdziesz rodziny i będziesz zmuszona wrócić do PL, a to jest ostatnia rzecz jaką chcesz w tym momencie."

Niestety nikt nie jest w stanie pomóc mi podjąć właściwą decyzje. Wiem, że to ja muszę podjąć decyzje, ale....

co jeśli po 2 miesiącach, gdy zostanę na drugi rok Sheldon znajdzie sobie amerykańską dziewczynę. My best friend nie chcę zostać w Ohio. Wszyscy, których znam wyjadą stąd lub wrócą do domu. Każdy będzie sie rozwijał w jakiś sposób, a ja tu zostanę i już nie będę się posuwać do przodu. Jak, skoro już tu wszystko znam, jak mam poznawać nowe rzeczy???!!!




niedziela, 28 kwietnia 2013

dezorientacja

Postanowiłam, że nie będę się już chwaliła prywatnym życiem na blogu. Pamiętnik pamiętnikiem, ale zawsze jak się czymś pochwale wtedy wszystko zaczyna się jebać. Nie uważam, że blog jest jakims złym fatum czy coś. Po prostu im mniej napisze tym jestem spokojniejsza i nie muszę się martwić, co później napisać jak coś nie wyjdzie. Mam tu na myśli mojego ostatniego znajomego Nate. Tak samo jak było z Jonem tak i z Natem, od kiedy się pochwaliłam nową znajomością, tym wnet ona się spierdoliła. Mianowicie dzisiaj "on" uświadomił mi, że to nie jest tak, jak mi się wydawało, że jest. Bycie w związku, który wygląda jak prawdziwy, a nie nazywa się związkiem. To tak jakby usiąść przed telewizorem, zacząć oglądać Mode Na Sukces i czekać aż poleci ostatni odcinek. Poza tym jak można nazywać coś na poważnie po miesiącu znajomości?! ja nie wiem, nie znam się, nie ogarniam.
W każdym razie nie mam zamiaru zostawać w USA na siłę i to nie jest tak, że szukam na chama chłopaka, by z nim się ożenić dla papieru. To, że moje koleżanki chcą zapłacić jakimś kolesiom za ślub - ich sprawa, ja tak nie będę robić. Walą mnie fikcyjne śluby czy związki dla papieru. Jeśli nie dostanę wizy studenckiej czy jakiejkolwiek innej spadam stąd. Tak jak pisałam kiedyś, będę chciała jechać do Toronto. Zakochałam się ogólnie w Kanadzie i w Toronto. Pomimo, że każdy liść klonu i wszystko co Kanadyjskie kojarzy mi się z Voldemortem. Mimo wszystko mam swój honor i jadąc do Kanady nie prosiłam się go o spotkanie. Nawet nie napisałam mu życzeń na urodziny. Udowodnię wszystkim, że nie potrzebuje niczyjej pomocy, niczyjego wsparcia, współczucia czy czegokolwiek innego. W dupie mam to, że jak skończę program będę miała 25 lat i wielki ch**.  Przynajmniej nie mam nic do stracenia. Jednym z moich wielkich osiągnięć bylo przyjechanie do USA. Wiele osób się cieszy moim szczęściem a inne 1500 mi zazdrości i życzy źle. Po przyjeździe do Ameryki każda i każdy z was uświadomi sobie jakich macie przyjaciół. Czasami Ci znajomi, którzy w PL poświęcili wam najmniej czasu. Czasami nawet wasza znajomość trwała całe 5 min, interesują się bardziej waszym życiem niż niejeden przyjaciel. Czasami to jest miłe jak ludzie, których znałam kilka miesięcy i koniec, piszą mi, że zazdroszczą, podziwiają i życzą wszystkiego dobrego.  W PL zostawiłam znajomych i przyjaciół. W tym jedną "przyjaciółkę" można by rzec od piaskownicy. Jestem w USA 7 miesięcy a ona napisała do mnie aż 2 sms'y. Pierwszy, że mnie podziwia i cieszy się, że realizuje swoje marzenia. Drugi zapowiadał się mego... wzięłam telefon i zaczęłam czytać.... "spadł anioł z nieba, którym byłaś Ty" (zrobiło mi się mega miło, bo moja przyjaciółka też pisze wiersze i wiele razy już napisała coś dla mnie), ale czytam dalej.... "złamał sobie skrzydło.. jeśli nie chcesz by spotkało Cię nieszczęście, wyślij tego sms'a do 10 swoich znajomych." I emocje opadły, po dziś dzień, nie dostałam 3 sms'a. Mam na szczęście jeszcze innych, trochę "nowszych" przyjaciół, którzy czekają za mną na skype :) A co jeśli chodzi o facetów?!?!? macie faceta i boicie się, że wasz wiązek się rozpadnie jak wyjedziecie? macie racje! Mój się rozjebał, ale teraz z biegiem czasu, nie żałuję że się rozstaliśmy. Żałuję tylko tego, że zmarnowałam tyle czasu na takiego kogoś. Jeśli macie kogoś to taki wyjazd jest zajebistym egzaminem. Odległość pomoże wam spojrzeć na wiele spraw racjonalnie. Jeśli będziecie w USA i wasz związek będzie was dusił, to się rozstaniecie. Jeśli będziecie tęsknić i wrócicie do PL... ożeńcie się i wyjdzie za tego kogoś!! :) A tak na marginesie... ostatnio poznałam laskę au pair z Tajwanu. Miała dzieci ok w tym samym wieku co moje. Miałyśmy się spotkać na jakieś wspólne pogadanki, podczas gdy dzieci będą w szkole. Okazało się, że po 2 tygodniach jej pobytu, nie odebrała dzieci ze szkoły. Nauczycielka zadzwoniła do host mamy. Host mama nie wiedziała co jest grane i pojechała do domu. A tam pokój au pair pusty i list z napisem "przepraszam, nie mogłam, za bardzo tęsknie. Wróciłam do domu". Można?!?! można  mieć wyjebane na wszystko tak po całości.....
W każdym razie czuje się źle, męczy mnie już to. Chciałabym obudzić się rano, spojrzeć na telefon, a tam wiadomość "dzień dobry kochanie, życzę Ci miłego dnia". No dobra, dostaje takie sms'y, ale dziś się dowiedziała, że to jest związek bez happy end'u. Najgorsze jest jeszcze to, że "oni" pomagają mi podszlifować mój angielski. Później za każdym razem jak użyję zdania, czy wyrazu, który mnie nauczyli... myślę o nich! Fuck!


ale się żale... oj, żale się.....!!!

Nie wiem czy się chwaliłam, ale zostaje na 2gi rok. Co prawda nie w Ohio, ale marzy mi się cieplejszy stan. Moi host rodzice już wiedzą, ale nadal mnie lubią :P bardzo się bałam im o tym powiedzieć, bo bardzo ich lubię. Wydarzyło się to na pełnym spontanie i ciesze się, że już mam to za sobą. W przyszłym tygodniu mam meeting i powiem mojej area director, że chcę zostać. Zaraz potem zacznę już poszukiwania nowej rodziny. Im szybciej tym lepiej.

Mam nadzieję, że jak będę wyjeżdżała na następny rok, "on" będzie za mną płakał! Przynajmniej zrobię wszystko, by tak było.



dokładnie, tak jak mój Sheldon...


sobota, 19 stycznia 2013

Poprzednia au pair

Tak wiem, fajnie jest jak poprzednia au pair zostaje jeszcze z wami kilka dni, wszytsko wam pokazuję i w ogóle. Możecie ją zapytać mailowo czy na fejsie jaka jest rodzinka i dzieciaki. Chyba nikogo zdanie dla was nie jest tak ważne jak obecnej au pair. Ale uważajcie!!

Nie to, że ona musi was kłamać - po prostu czasami wam należy się więcej lub mniej niż jej.

Podam wam prosty przykład. Mam dobry kontakt z poprzednią au pair. Obecnie jest w Kalifornii i romansuję z żołnierzem rusko - francuskim. Pisałam z nią zanim przyjechałam i cały czas od kiedy jestem tutaj. Nie miałam okazji się z nią zobaczyć, bo wyjechała tydzień przed moim przyjazdem. Hości nie wymagali ode mnie wcześniejszego przyjazdu. I tak z nią pisałam, wszystko co mi napisała traktowałam jak święte. Czasami zanim o coś zapytałam hostów najpierw pytałam jej. Miałam wrażenie, że dzięki temu mogę uniknąć głupich lub krępujących dla hostów pytań. Kilka tygodni temu zapytałam ją czy mogły nocować u niej koleżanki. Odpowiedziała, że nie! Że hości sa mega fajni, ale właśnie nie życzyli sobie nikogo obcego w domu na noc. Pomyślałam sobie "dzięki Bogu, że się jej zapytałam. Hości spojrzeliby na mnie jak na debilkę, że co ja jeszcze nie chcę. Może jeszcze chłopaka przyprowadzę". I tak sprawa ucichła, aż do pewnej soboty. Miałam zawieść Helene do centrum handlowego i później ją odebrać. Byłam zła, bo byłam już umówiona z dziewczynami a odebrać Helene z centrum oznaczało, chwilę przed zamknięciem czyli 22. Zanim wrócimy do domu, nie było sensu. Byłam zła i miałam wszystko gdzieś, dlatego zadzwoniłam do Hostki. Powiedziałam, że miałam plany na sobotni wieczór i czy w takim razie Natalia może u mnie spać. Hostka ku mojemu zdziwieniu się zgodziła. Pomyślałam, że może poprzednia au pair pytała zawsze Hosta. To taki wporzo koleś, który zawsze żartuje, ale ma swoje zasady. Dziś wybieram się z Natalią znów na balet. Jak zawsze powstały pewne problemy z transportem dlatego najlepszą opcją było zapytanie się czy Natalia może u mnie nocować. Ze względu, ze Hostki nie ma w domu, nie chciałam jej zawracać gitary postanowiłam się udac do Hosta. Przygotowałam sobie przemówienie, jak już się nie zgodzi. Poszłam zapytać a on : "I guess". WOW! Zrobiłam oczy jak 5PLN podziękowałam i sobie poszłam - zanim się rozmyśli. Jak mawia król Julian "a teraz szybko zanim dotrze do nas, że to bez sensu". I teraz pytanie, czy poprzedniej au pair hości na prawdę nie kazali przyprowadzać koleżanek na noc, czy ściemniała? Jeśli ściemniała to jaki miała w tym interes? Ile świetnych nocy, by mnie ominęło gdybym cały czas była przekonana, że są na nie! Nie wiem, ale cokolwiek to nie było, pamiętajcie że widocznie każdą au pair hosci traktują indywidualnie. A mnie, moi hości po prostu musza zajebiscie lubić ;)


sobota, 27 października 2012

Zombie in the USA

Ten post nie dotyczy zbliżającego się Halloween! Otóż od dawna gdzieś w necie poruszały się wiadomości, że amerykanie obawiają się ataku Zombie?! no ok, ale nie było wiadomo ani skąd się to wzięło ani jak?
Od dawna ciężko jest amerykanom wytłumaczyć zachowania niektórych ludzi (myślę, że nie tylko w USA) Niektórzy amerykanie zachowują się irracjonalnie  a nawet wręcz ostentacyjnie. To jeszcze nic, ostatnio w mediach pokazała się informacja, że na Florydzie 48 letni mężczyzna został zaatakowany przez mężczyznę roznegliżowanego, który ugryzł go !! Drugi przypadek, gdy 65 letni mężczyzna został zaatakowany przez 35 letniego goluśkiego faceta. Doszło do szarpaniny i policja musiała użyć broni, by powstrzymać zambiego - jak się póżniej okazało twarz 65 latka w 70% była skonsumowana! Pierwszy mężczyzna jak się później okazało był pod wpływem marihuany a drugi pod wpływem narkotyku tzw. "sól kąpielowa". Jeszcze do wczoraj myślałam, że obawa amerykanów przed zombie to czyste szyderstwa ze strony internautów a tu proszę. Poza tymi dwoma przykładami w USA odnotowano jeszcze inne przypadki "ataku zombie" oraz strasznie wzrosła sprzedaż broni. Czy zatem los au pair przyjeżdżających do Stanów może być zagrożony?
Czy my au pair już mieszkające w USA możemy spać spokojnie? Jak wiecie lub nie z narkotykami nie ma żartów, a jak widzimy w USA mają lepszą trawę niż w samej Holandii.

Mimo wszystko chciałabym pokazać wam mojego ulubionego demota, to dzięki niemu właśnie zainteresowałam się historią zombie w USA.


źródło/ demotywatory.pl 

piątek, 3 sierpnia 2012

Obrona i allegro

Dnia 20 lipca 2012 roku obroniłam się :) wreszcie koniec szkoły - yeah!!


a co do allego...
wróciłam z Poznania zmęczona i wykończona po tym egzaminie. Gdy weszłam do domu i przeglądałam korespondencje wpadł mi ręce list z prokuratury zaadresowany do mnie. Serce zaczęło mi bić jak szalone! z prokuratury? no ale nic otworzyłam go. W grudniu 2011 roku kupiłam perfumy na allegro i nie dostałam ich. Zgłosiłam sprawę na policję bo tak kazali mi w allegro. Zaniosłam na policje dokładny adres tej kobiety, wszystkie komentarze i linki innych aby mogli zobaczyć, że poszkodowanych było więcej. I po 7 miesiącach czekania dostałam odpowiedź: śledztwa w tej sprawie nie będzie bo jak się kupuje przez internet to jest ryzyko że towaru sie nie otrzyma i przed zakupem powinno się sprawdzić komentarze sprzedającego. Jak dla mnie to paranoja, dlaczego w takim razie robiąc zakupy widzimy napis "BEZPIECZNE ZAKUPY" ? Widocznie w tym państwie wolno wszystko!!


A odnośnie mojego wyjazdu do USA! Jestem już po obronie i mam full time off dlatego "mam nadzieję" szybko nadrobię uzupełnianie dokumentacji i ten filmik mi jeszcze został. Musze się zabrać za siebie Tey bo czasu do października coraz mniej ....