poniedziałek, 25 marca 2013

Louisville and Aaron Carter!

Właściwie, chcąc streścić cały mój sobotni dzień musiałabym napisać: łyżwy, Louisville, Aaron Carter i moja największa wada - posiadanie 2óch telefonów. No ale od początku.

W sobotę rano wraz z Natalii pojechałyśmy na konkurs łyżwiarski w którym brała udział moja podopieczna Helena. Poszło jej świetnie. Zaraz po jej pokazie pojechałyśmy do mnie. Zjadłyśmy chińczyka i ruszyłyśmy w drogę na koncert Aarona!! :) Droga trwała 2 godziny, ale pogoda była świetna i widoki cudowne. Od zawsze uważałam, że Kentucky to piękny stan. Teraz się tylko utwierdziłam w tym przekonaniu.

Gdy dojechałyśmy do Louisville, byłam w szoku, bo było tam pięknie. Ciesze się bardzo, że wybrałam własnie to miejsce na zobaczenie Aarona a nie Columbus :/ Pozwiedzałyśmy, porobiłyśmy zdjęcia i pojechałyśmy pod wskazany adres na bilecie.








Najwierniejsze fanki Aarona, były już pod drzwiami i czekały na wielkie otwarcie.Czekaliśmy na niego 2 godziny. Przed jego występem, był jakiś dziwny koleś. Aaron dał mega show i marzenie z dzieciństwa się spełniło :D Nie ważne, że trwało to 17 lat! Jak widać, jak się czegoś bardzo chce to się to dostaje :D








Znałam jego aż 2 piosenki. W zasadzie to znam 3, ale tej jednej nie zaśpiewał. No i jedna z tych dwóch to bardzo, bardzo stary hicior. Powiedział, że bardzo nas lubi, to nam zaśpiewa kawałek ze swojej pierwszej płyty. 

video

Przed 11 skończył się koncert. Postanowiłyśmy, że pojedziemy jeszcze na balety. W Cincin byłyśmy przed pierwszą. Zaparkowałam samochód na parkingu pod Myntem i zażartowałam do Natalii: "mamy 1,5h by znaleźć naszych przyszłych mężów!" Śmiech i poszłyśmy na balety. Pomino, że było późno musiałyśmy zapłacić $5 za wejście. Impreza nie należała do najlepszych. Nie było naszego ulubionego Jona wodzireja. DJ. jakiś był dziwny, puszczał dupną muzę i nie było naszych znajomych. O 2.15 spytałam Natalii czy idziemy, bo muza i impreza się nie kręciła. Pomimo, że zazwyczaj imprezy na spontanie są najlepsze ta nie była. Stwierdziłyśmy, że poczekamy jeszcze do końca. Spojrzałam na zegarek i po raz drugi zażartowałam: ok, daje mojemu przyszłemu mężowi jeszcze 15min". Oczywiście przez te 15 nic na tej imprezie ciekawego się nie wydarzyło. W końcu spytałam Natalii: "idziemy?" i stwierdziła, że możemy iść. Chciałam zrobić krok do przodu, ale wtedy zatrzymał mnie pewnien koleś. Spytał się jak mam na imię i standardowo skąd jestem. Zaczął bajera, że już wychodzili z kumplami, ale stwierdził że podejdzie i zanim wyjdzie powie mi "Hi". Chciał dać mi swój numer. Pomyślałam, że spoko, ja i tak swoich nie daje - bo nie ma sensu. Wyciągnęłam iphona, bo mój samsung leżal rozładowany w samochodzie. Na iphonie mam polską kartę. Nie korzystam z niego, jeśli chodzi o rozmowy. Służy mi głównie do odbierania SMS'ów z PL i do siedzenia na internecie. Wyciągnęłam tego iPhona i zaczęło się. Nie wiedziałam w jaki kurwa sposób wprowadzić jego numer, by go zapisać! Najlepsze, że już to wcześniej robiłam, ale ni chuja nie wiedziałam gdzie to było. W końcu zrezygnowana, dalam mu telefon i powiedziałam, żeby sam znalazł i wpisał mi numer. Nie jest zwolennikiem iPhonów, czyli też nie wiedział :P Podałam mu więc swój i kazałam, aby puścił mi strzałkę. Wpisał mój numer i patrzymy się na iPhona aż zadzwoni. Ale jak kurwa może zadzwonić skoro jest tam polski numer!!??? Musiałam wytłumaczyć, ze mój tel jest rozładowany w samochodzie itp. Spytał, czy będe miała jego numer jak włączę telefon, powiedziałam że tak! Bo tak mi się wydawało, ale nie! Powiedział, żebym się odezwała w niedziele i oo.. Włączam telefon a tam numeru nie ma... Pół niedzieli później sam napisał wiadomość. Mieliśmy się wczoraj spotkać, ale warunki atmosferyczne nam to uniemożliwiły. Oficjalnie przełożyliśmy spotkanie na czwartek i tyle w tym temacie. Później powiem wam więcej i wrzucę jego zdjęcie, bo jest co pokazywać :P

niedziela, 17 marca 2013

Co nowego?



     W poniedziałek mam test z angielskiego w szkole, który stwierdzi czy coś się nauczyłam, czy nadal jestem do niczego. Wczoraj mieliśmy meeting au pair. Okazało się, że ja i Alexia jesteśmy jednymi z najdłuższym stażem. Nie wiem kiedy ten czas tak zleciał. Byłyśmy też z Natalii w Myncie - czyli po staremu. Tak staremu jak starzy ludzie tam chodzą. Za tydzień jedziemy na koncert Arona - wreszcie!!  Jestem chora, tańczę w post, mało tego jem mięso w piątki. Od 5 miesięcy nie byłam w kościele, dlatego w końcu jutro zamierzam odwiedzić pobliski kościół katolicki. Zakochałam się w kolesiu z Chipotle, dlatego że jest podobny do Voldemorta (Voldemort to Jon, ale jego imienia nie wolno wymawiać w mojej obecności). Muszę zacząć oszczędzać pieniądze. Za 2 tygodnie jedziemy do Chicago, później Kanada w maju mamy zamiar jechać do Texasu do szkoły oraz skoczyć ze spadochronem. Poza tym do połowy kwietnia trzeba się rozliczyć z podatku. Jak mi przyjdzie zapłacić $700, jak to dziewczyny piszą, to nie mam pojęcia skąd natrzepie tą gotówkę. U moich host dzieciaków nic nowego. Mogę powiedzieć, że w końcu ogarnęłam ich system. Helena jeździ ze mną na siłownię, dzięki czemu czasami jestem tam 2 razy dziennie. Moi rodzicie przysłali mi tabletki, które mają pomóc mi przerobić tkanki tłuszczowe w mięśnie. Wysłali mi też inną paczkę z flagą Polski. Przesyłka idzie już 2 miesiące i nic. W sumie moja mama wysłała ją priorytetem zamiast poleconym. Jeszcze może dojdzie, ale tracę już nadzieję. Kupiłam ostatnio na ebay'u koszulkę Beckhama. Męską S jest na mnie za mała. Poza tym jest to podróba i wykonana z koszmarnego materiału. Nawet nie nadaje się na prezent dla moich siostrzeńców. Obejrzałam już wszystkie odcinki "Teoria Wielkiego Podrywu" i nie mam już co oglądać. W końcu wyrobiłam sobie Social Security Number. Pojechałam wczesnie rano i zajęło mi to dosłownie 15 minut. Poza tym obsługiwał mnie miły pan w bluzie. Czyli inaczej niż u nas w urzędach, upierdliwe i wkurzające panie grające w pasjansa i kolejki że końca nie widać.  Nauczyłam się liczyć po francusku do 10, teraz chcę nauczyć się po hiszpańsku. Wkręciła mi się nowa piosenka, mało tego to nie jest rap

 Mamy już wiosnę i jest ciepło i pięknie. To tyle jeśli chodzi o nowości... życzę szczęścia i powodzenia au pair'kom, które niedawno zaczęły swoją wielką przygodę :)


wtorek, 12 marca 2013

I znowu 5 dni, by odespać weekend. Ten weekend uważam do jak najbardziej udanych, udanych i zajebistych. Zaczęło się niewinnie.. w piątek pojechałyśmy jak to przystało na balety. Pojechałyśmy tam z sztywnym i nieodwracalnym zamiarem zmienienia imprezy. Nie było jakiejkolwiek szansy, abyśmy i tego weekendu poszły do Mynta. Wysłałam Natalii listę, imprez w tym samym miejscu i każdą miałyśmy odhaczyć. Wjechałam do downtown, chciałam zaparkować na parkingu za $2, ale Natalii stwierdziła, że to za daleko Play'a (club) i pojechałyśmy na parking koło Mynta za $5. I to był nasz największy błąd. Zaparkowałam i już zaczął się dylemat. Nogi będą mnie bolały, jest tak daleko a Mynt jest tuż nad nami. 20 min zastanawiania się w samochodzie i wylądowałyśmy w Mynt'cie. Była godzina 23.30 a ludzi praktycznie brak. I juz zaczynałyśmy żałować co my to do ku*** znowu robimy i to jeszcze nic się tu nie dzieje. Na szczęście godzinę później impreza rozkręciła się na maxa, że wyszłyśmy dopiero jak zamykali i nas wygonili :)
Natalii nocowała u mnie. Wstałyśmy rano o 12 :) pojechałyśmy do Wendy's na śniadanie i Natalii pojechała do siebie. Obie miałyśmy sobote wolną. O godzinie 19 byłam już gotowa na imprezę part II. Przed jednak pojechałyśmy do Chińskiego bufetu na obiad. Ok godziny 22.00 byłyśmy w downtown. Tym razem juz kategorycznie miałyśmy iść do FB's (club). Okazało sie jednak, że dziewczyny były tam tydzień temu, nic ciekawego tam nie ma i chcą zobaczyć Mynta (przyjechała nowa au pair i zwiedza). No i znowu był Mynt. W sobotę, pogoda była zajebista na tyle, że na balety poszłam bez rajstop i żakietu. Ładna pogoda oznaczała również rozruch stada z gniazd, bo ludu było jak na stadionie. Momentami aż nie było gdzie stanąć i czym oddychać. Nasz wodzirej "Jon" (I hate this name!!) rozrzucał różne gadżety i nam udało się dostać drobiazgi.

 Był też jeden fajny koleś, który mi się podobał, ale na tańczeniu koło siebie się skończyło :/ znając życie juz go nigdy nie zobaczę. Fajnych kolesi na imprezach widuje się tylko raz, Nigdy potem nie wracają, przynajmniej ja już ich nie spotykam. No chyba, że jest się Natalii, Ci co jej się podobają zawsze wracają :) (I hate my life!!). Wyszłyśmy jak zamykali, czyli jak zawsze.

Niedziela, dla odmiany postanowiłyśmy iść do kina. Spotkałyśmy się w centrum handlowym na pizzy (tak, bo zdrowa żywność, to podstawa przy odchudzaniu). Potem pojechałyśmy do kina. Kupiłyśmy bilety na "21 and Over" na godzinę 3.25. Jeden bilet $7,50. Sprite i mały popcorn $8. Sympatyczny koleś sprawdził nam bilety i powiedział, że film jest grany na piętrze. No to idziemy na górę, a tam na sali już ciemno i leci jakiś inny film. Mało tego po hiszpańsku. Nawet nie ma jak się wbić na sale, bo ciemno jak w du**. No to wracamy do kolesia i pytamy co jest grane. On mówi, że nasz film jest o 5,25 a była 3,25. No to wyjaśniamy, ze w necie była jeszcze godzina 3,25. Przyszła pani co sprzedała nam bilety i nas tak strasznie przeprasza, ale w necie był błąd a ona sprzedając bilety nam o tym nie powiedziała. Przyszła też kierowniczka i tez nas przeprasza. Powiedziały, że możemy teraz iść na film jaki tylko chcemy, zanim zacznie się "21 and Over". Ale po pierwsze nic nam się nie podobało, połowa już dawno leciała i tak jakoś nam się to nie kalkulowało, bo jak byśmy poszły na jakiś film to byśmy nie zdążyły na nasz. Miła pani kasjerka nam powiedziała, że jeśli nie chcemy teraz na nic iść, to da nam bilety in-blanco. Przyjdziemy kiedy będziemy chciały. Stwierdziłyśmy, że pojedziemy do downtown i wrócimy. Skończyło się na tym, że oddali nam pieniądze za bilety, za napoje i popcorn i jeszcze dostałyśmy bilety in-blanco :) Jednym słowem - szczęście max. Pojechałyśmy do downtown i tak się złożyło, że wylądowałyśmy w Mynt'cie 3 raz w przeciągu jednego weekednu. Posiedziałyśmy do 7 i pojechałyśmy do kina. Film byl extra a weekend spędzony zajebiście :)

 
"My w Mynt Martini". Zapomniałam się pochwalić, że mamy zajebistą pogodę :D  

środa, 6 marca 2013

Państwo absurdów

Jestem Polką, kocham swoje państwo, rodaków, ojczysty język, tradycje, kulturę i obyczaje. W Polsce sie urodziłam i tam pochowane zostanie moje ciało. Natomiast nienawidzę naszych polityków, którzy okradają swoje państwo i obywateli. Mało tego kradną z Unii i wszyscy na świecie o tym wiedzą. Płacimy podatki a nie mamy prawa do opieki zdrowotnej itp.

Kilka lat temu pisałam maturę z W.O.Su. Jednym z powodów by zdać, trzeba było oglądać wiadomości i słuchać ich w radiu. Zawsze byłam strasznie zła jak musiałam oglądać wiadomości a leciał mój serial. Czasami mój tato oglądał wiadomości na każdym kanale, pomimo że wszędzie mówili to samo. Przed maturą mi się odmieniło. Tak się w to wciągnęłam, że nawet po maturze dalej interesowałam się polityką i sprawami świata. Ale do czego zmierzam, po 1. uważam, że Polska jest państwem absurdów, a po 2. włazi w d**ę USA jak nikt nikomu.

2 dni temu poczułam straszną potrzebę usłyszenia polskich piosenek i polskiego głosu z radia. Ściągnęłam sobie radio i tam włączyłam radio RMF FM. Poczułam się niemal jak w domu, jak w Polsce. Inne było tylko to, że ja kładłam się spać, a pan w radiu mówił "Dzień dobry! wstajecie w piękny dzień z radiem RMF FM". Przynajmniej wiedziałam, że tam gdzieś za oceanem moi rodacy wstają do pracy, a ja mam przed sobą jeszcze tyle godzin snu.

Wczoraj w radiu powiedzieli, że 2,5 letnia dziewczynka zmarła, bo pogotowie do niej nie przyjechało. Pomimo, że na oddziale powinni być lekarze nikogo nie było. Pogotowie nie przyjechało i dziewczynka zmarła. Nikt mi nie powie, że mamy prawo do opieki medycznej. Okazało się, że placówka nie ma wystarczających środków, by w nocy pracowali lekarze. Jasne, jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Nagle zwołano zebranie i ma powstać jakiś specjalny projekt i będzie dostępny pediatra całą noc. Tylko ja się pytam, dlaczego dopiero teraz? Czy na prawdę pierw musi, ktoś umrzeć by inni zaczęli myśleć?

Idziemy dalej... przetoczę wam informacje z wcześniejszych wiadomości:

1. Pani przedszkolanka dostała mandat na 2.500pln za to, że nie zdążyła skasować biletów w tramwaju, dla grupy swoich podopiecznych.

2. Okradziono mnie na allegro, policja dostała namiar na przestępce, linki ludzi wykorzystanych tak samo jak ja (50) po czym dostałam pismo, że robiąc zakupy przez internet trzeba być świadomym ryzyka. Skoro tak jest, dlaczego na allegro widnieje napis "bezpieczne zakupy"?

3. Flaga Polski a USA.


3. Sprawa ze Smoleńskiem, jak to jest możliwe, żeby tyle czasu dociekac prawdy. Co informacja to kłamstwo, pomijając fakt, że ciała osób byly pochowane w innych miejscach.

4. Nasz stadion.
W Mistrzostwa, gdy parno i gorąco dach zamknięty, gdy pada - otwarty.

5. Immunitety "świętych krów".

6. Wiele, wiele więcej, ale nie chcę się juz więcej denerwować. Takie sprawy wywołują we mnie takie emocje, jak wtedy, gdy ktoś coś zrobi a wszystko jest na mnie. Nikt mi nie wierzy, fakty są przeciwko mnie, ja nie mam dowodów, że jest inaczej a wiem, że nie mam z tym nic wspólnego. To, że ręce opadają to już oczywiste.

Pisałam wcześniej, że Polska wchodzi w du** Staną Zjednoczonym. Dziwnym trafem odkryłam to dopiero jak przyjechałam do USA. Zanim tu przyjechałam byłam tak zakochana w tym kraju, że ogromną radość dostarczała mi jakakolwiek wzmianka na temat USA. W Polskich wiadomościach możecie usłyszeć 3 rodzaje wiadomości: 1. co się dzieje w Naszym kraju. 2. co się dzieje w USA. 3. co mega ważnego dzieje się na świecie. Choć i tak to 3 nie zawsze dla naszych mediów jest wystarczająco ważne.

Wiecie dlaczego jara mnie Kanada? Bo uważam, że to jest piękny kraj zapomniany przez wszystkich.

  • Kanada ma najwyższy standard życie na świecie
  • Liczba ludności jest mniejsza niż w Polsce … a powierzchnia kraju 30 razy większa.
  • Kanadyjczykom zawdzięczamy: koszykówkę, telewizję, telefon, pralkę, zamek błyskawiczny
  • Kanada słynie z produkcji sera.
  • Kanadyjczyków cechuje tolerancja i poszanowanie innych tradycji – nic dziwnego, to kraj imigrantów
  • W Kanadzie każda prowincja ma swoją dewizę, którą umieszcza się na tablicach rejestracyjnych.
  • W Kanadzie znajdziemy … polskie Kaszuby , Wilno i prowincję Kartuzy - to dzięki polskim imigrantom z 1858 roku
  • W Kanadzie bardzo przestrzega się dobrych obyczajów. Nie ma tam płotów ogradzających posiadłości, rzadko zamyka się drzwi na klucz, ale wszyscy wiedzą, że nie wchodzi się na teren posesji bez pytania
  • Picie alkoholu, czy przeklinanie w miejscach publicznych grozi grzywną.
Założę się, że większość z was myśli, że oni są amerykanami:

Tymczasem każdy z nich urodził sie w Kanadzie. 

A przede wszystkim uważam, ich za skromny Naród. Są zapomniani przez wszystkich, bo sąsiadują z USA, które tworzą w ogół siebie ciągle jakiś szum. Ostatnio chciałam poczytać sobie o historii Kanady. Później wylądowałam na wp. Można wybrać sobie kontynent i poczytać sobie najważniejsze informacje o danym kontynencie. Wybrałam Amerykę północną i na 60 stron znalazłam tylko jedną wzmiankę o Kanadzie, a tak cała reszta należała do USA. 

Wczoraj w radiu w wiadomościach mówili o śmierci prezydenta Wenezueli. I wicie co? podali tez informacje co na ten temat myśli Biały Dom. Tak, bo to co myślą i mówią Stany Zjednoczone, jest najważniejsze. 

Jak zbliżał się huragan Sandy, to wiadomości podawały głównie informacje jak przygotowane są Usa na ten kataklizmu. A to jakie już zniszczenia wyrządził na wyspach, dodaje na biednych wyspach to nie bylo istotną informacją.


Ostatnio oglądałam zmagania Kamila Stocha. Podsumowanie Mistrzostw raptem 3 min i wiecie co, popłakałam się. Ta radość, że mu się udało, że mojemu rodakowi się udało. Wiem, że gdziekolwiek nie będę i nie wiem jak długo. To osiągnięcia Polaków będą dla mnie najważniejsze. 

Sory, ze ten post wcale nie związany z au pair, ale musiałam się wygadać... :D 





Hockey

W sobotę wybrałam się z dziewczynami na hockeya. Jakoś nigdy za specjalnie nie interesował mnie hockey na lodzie. W szkole graliśmy na sali gimnastycznej. Nawet nie sądziłam, że Polska ma swoją reprezentacje w tej dziecinie, a o dziwo ma. Posiada nawet bardzo dobre wyniki.

Bilet normalny kosztował 13$. Ja zapłaciłam 25$ bo można, by rzec że ufundowałam sobie miejsca Vipowskie. Siedziałam zaraz za hokeistami i wszystko świetnie było widać.

Na dzień dobry dostałam voucher na statuetkę świni w koszulce drużyny Cyclones Cincinnati. Świnia jest symbolem Cincinnati, można spotkać ich tu bardzo wiele.

Był oczywiście hymn, na którym to przeszły mnie ciarki.

Jak przeciwnicy strzelili gola, to po prostu sobie był gol. Jak Cincinnati strzelili gola to, wszyscy wstawali, bili brawo, leciała świetna muza i była radość :)

Ogólnie mecz składa się z 3 rund po 20 min, tylko że po każdym gwizdku czas jest ztrzymywany i jedna runda może się przedłużyć o kolejne 20 min. Międzyczasie są 18 min przerwy, leci świetna muza i jest niesamowita atmosfera. Na telebimie nad lodowiskiem pokazują ludzi na trybunach. Każdy się stara zrobić coś szalonego, by kamery go uchwyciły. Maskotka Cyclones rozrzuca koszulki i misiaki, wszyscy rzucają piłeczki z nr. swojego miejsca na lodowisko i kto był najbliżej środkowego punktu, dostawał koszulkę i bilety na nastepne mecze. Ogólnie działo się i się nie nudziłam. Myślę, że jeszcze nie raz zawitam na Arenie, by obejrzeć taki mecz.

Mam pełno filmików, którymi chciałam się z wami podzielić. Wrzucając je na kompa okazało się, że są obrócone o 90 stopni. Ściągnęłam nawet specjalny program, by je obrócić. Co prawda program dziala świetnie, ale nie ma dźwięku. Postanowiłam wrzucić je przez telefon, ale tam potrzebne są wtyczki i google+, a ja tego nie potrzebuje. Przepraszam was bardzo, ale muszę was zadowolić tylko zdjęciami.













piątek, 1 marca 2013

Detroit

W piątek o 19.00 wyjechałyśmy z Loveland i udałyśmy sie na północ. Kierowało mi się okropnie. Ale po 6 godzinach z przerwami dobiłyśmy do Detroit. Tam na nas już czekała Monika. Pogadałyśmy jeszcze trochę i ok 2 poszłyśmy spać. Gdyby nie fakt, że w nocy miałam potworne sny wstałam już o 9.00. W kuchni czekalo na nas juz polskie śniadanie. Polskie masło, swojej roboty ogórki (mąż Moniki sam robił), polskie wędliny i co najlepsze chleb polsko- kanadyjski. Z Polskiej piekarni, która jest w Kanadzie, śmiałam sie, że już lepiej być nie mogło. Po długim śniadaniu udaliśmy się pod dom Eminema. Był ok 20min drogi od domu w którym byliśmy. Jechało sie do niego przez lasy i polne drogi. Byłam tak zdenerwowana, jakbym co najmniej jechała się z nim spotkać. I ujrzałam go... od razu wiedziałam, że to ten. Dziwne uczucie, napatrzyłam się na niego przez 2 tygodnie w internecie a teraz stoje tuż pod bramą. Oczywiście zadzwoniłam domofonem, ażeby co nie było :) Wyglądało na to, że nikogo nie było. Nawet pana wartownika nie było przy bramie. Chodziłam do około płotu i robiłam zdjęcia, czułam się jakbym popełniała jakieś przestępstwo. Pierwszy raz robiłam zdjecia czyjegoś domu - było to dziwne, ale to był dom Eminema!!



Później udaliśmy się do sklepu Eminema, który znajdował sie 20 min od jego domu. Właściwie to Em jest tylko współwłaścicielem, ale tyle razy go widziałam w tym sklepie, ze nie mogłam sobie odmówić. Myślałam, że ceny będą kosmiczne, ale okazało sie że adidasy już po 50$ kupiłabym gdyby nie fakt, że były męskie :D


8 Mila!! Miałam okazje zrealizować kolejne swoje marzenie i być na 8 Mili w Detroit, musieliśmy jechać tam póki było widno, bo mąż Moni się bał i mówił, że nie zdajemy sobie sprawy jakie tam czeka niebezpieczeństwo na białego w tej dzielnicy.
Polski obiad. W Detroit jest bardzo dużo polskich sklepów, restauracji, polskie banki, przychodnie... kawałek polski :)



Wybraliśmy się do takiej restauracji Krakus. Wyglądała jakby w czasie PRLu ktoś z Polski ją zalożyl i czas się tam zatrzymał. Najdziwniejsze było to, że nie było tam polaków klientów tylko amerykanie. Obsługiwała nas starsza polska średnio miła.




Następnego dnia ok południa zapakowałyśmy się w samochód i pojechałyśmy do downtown i Kanady. Nie okrywam, że moje zdenerwowanie było okropne. Niby wyjeżdżałyśmy z USA i kierowalyśmy się do kraju w którym nie potrzebujemy wiz. Ale mimo wszytsko pani celnik umiała zjebać całą radość i szczęście wyjazdu do Kanady. Pytała nam się:
- gdzie mieszkamy?
-po co jedziemy do Kanady?
- gdzie się poznałyśmy?
- co robiłyśmy w Detroit?
-czy nasi znajomi z Detroit też są polakami?
- czyj jest samochód i musiałam przedstawić wszystkie dokumenty pojazdu...
było tego więcej, ale minął już prawie tydzien... Ale udało nam się. Do Detroit prowadzą 2 drogi. Jedna tunelem a druga ogromnym mostem. Gdy już byłyśmy szczęśliwe, że jesteśmy w Kanadzie próbowałyśmy znaleźć miejsce parkingowe. Znalazłam jedno, podjechałam, do dziwnego urządzenia przy szlabanie zaczęłam wrzucać monety. Nawet nie wiedziałam ile ich potrzeba ani w jaki sposób z tego czegoś ma mi wyjść bilet. Bo wrzuceniu wszytskich monet po prostu pojechałyśmy w inne miejsce. Po dluższej chwili jeżdżenia bez celu po mieście okazało się, że potrzebujemy Kanadyjskie monety! Tak Eureka, bo nikt o tym wcześniej nie pomyślał. Na szczęście koło jednego parkingu, pan sprzedawca wymienił Natalii Us'owiskie monety na Kanadysjkie. Powiedział jej rownież że w niedziele, parkowanie przy drodze jest bezpłatne - ale cóż. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłyśmy to udałyśmy się do Knajpki na herbatę. Pomimo, że ważniejszym celem było po prostu skorzystanie z toalety. Na sam widok knajpka nie różniła się dużo od tych w USA. Wystrój jak wystrój, obsługiwał pan o Indyjskich korzeniach, czyli jak w USA. Natomiast w amerykańskich knajpach zawsze leci amerykański football,  natomiast w Kanadzie obejrzeć już tylko mozna hockey. Wbiłyśmy też do 2óch sklepów z pamiątkami, ale nic nie mogłyśmy kupić, bo nie miałyśmy Kanadyjskich pieniędzy. Na szczęście w 3 sklepie pan miał bankomat. Gdybyście zobaczyli nasze miny, gdy z bankomatu wyleciało 20$ Kanadyjskich :) (Za 20$ Knadysjuch zapłaciłam 27$ amerykańskich) Następnie udałyśmy się do głównego punktu wycieczki, czyli panorama Detroit! Jednym słowem, panorama jak panorama. No ale byłyśmy w Kanadzie :)
Pomimo, że w Kanadzie mój GPS nie działal jakoś udalo nam się odnaleźć wjazd na most. Nasze zdenerwowanie było potworne. Straż Graniczna trzepała samochody, wynosili z nich różne rzeczy, nie wszytskich wpuszczali i jeszcze przed samą bramką walneli nam zdjęcie z zaskoczenia. Gdy podjechałyśmy pod okienko, dałyśmy panu dokumenty, zapytał:
- skąd jesteśmy, gdzie mieszkamy, po co byłyśmy w Kanadzie...
Jakże wielkie było jego zaskoczenie, jak mu powiedziałyśmy, że wjechałyśmy na 2 godziny zobaczyć panoramę Detroit. Spytał jeszcze tylko co kupiłyśmy i wpuścił nas do USA. Aż nie mogłam uwierzyć, że tak łatwo poszło :D Ok 11pm byłam w domu. I prowadziło mi się zajebiście.








Swoją drogą trochę mi zeszło na napisane tego posta. Ogólnie myślałam już o niepisaniu, ale za paredziesiąt lat chcę to przeczytać więc kontynuuje. Moja nieobecność była spowodowana tym, że wciągnęłam się w pewien serial i to dosłownie. Chciałam go oglądać raz kiedyś a stało się tak, że oglądam cały sezon dziennie. Dlatego dużo mi nie zostało i międzyczasie dokańczam post. Swoją drogą bardzo wam polecam "Teorię Wielkiego Podrywu". Kto widział "good for him, a kto nie musi zobaczyć :)