czwartek, 11 kwietnia 2013

Chicago

Wcześnie rano spakowałam się i pojechałam z Natalii wynająć samochód. Później udałyśmy się w kierunku Chicago. Wyjechałyśmy o 12 i miałyśmy być na miejscu ok 17. Pogoda była idealna na wycieczkę. Po 2 godzinach drogi postanowiłyśmy zrobić pierwszy przystanek w okolicach Indianapolis. Parkując okazało się, że mój GPS pokazuje słabą baterię. Trochę zaczęło nas to zastanawiać, gdyż całą drogę był podłączony do zapalniczki. Po dłużysz oględzinach okazało się, że zapalniczka jest najnormalniej w świecie popsuta. Zrobiłam szybko zdjęcia kierunków, jak mamy się kierować i GPS prawie umarł. Przed Chicago zadzwoniła do mnie znajoma z Detroit i uświadomiła nas, że przed Chicago są płatne autostrady. Miałyśmy mało paliwa a jak na złość nigdzie nie było zjazdu na stację. Byłyśmy przerażone. Bez GPS'a i prawie bez paliwa. No ale jakoś się udało znaleźć stację. W sumie za 2 autostrady zapłaciłyśmy niecałe $6. Jazda przez Chicago nie należała do najprzyjemniejszej. Takiego prawa Dżungli nie widziałam w żadnym innym stanie. Wjeżdżając do miasta, była informacja, że w tym roku na tej drodze zginęło już 222 ludzi. Nic dziwnego, bo to co się tam działo to istny Meksyk. Jakoś według zdjęć GPS'a udało się znaleźć hotel. Choć nie oszukujmy się do najłatwiejszych i przyjemniejszych misji to nie należało.












Gdy weszłyśmy do hostelu, przywitało nas 2 ciachowatych młodych typów. Zapłaciliśmy za pokój i okazało się, że parking dla naszej fury jest pod ich drugą siedzibą. Trzeba było znów wsiąść w samochód i jechać. Tak na marginesie w Chicago często są hotele, ale parking jest płatny osobno i to czasami nie małe pieniądze. Na szczęście my miałyśmy za free, tylko trzeba było wcześniej napisać maila z rezerwacją.
Tak wyglądał nasz pokój....












Ze względu, że była młoda pora ok 20.00 postanowiłyśmy iść do sklepu po coś do picia. Akurat kolo naszego hostelu był market. Wybrałyśmy naszą ulubioną Margaritę i zaczęły się schody. W USA jest tak, że pomimo iż Ty coś kupujesz i masz dowód, osoba która jest z Tobą też go musi mieć. Ja oczywiście nie wzięłam dowodu i Natalii nie mogła zapłacić za piwa. Musiałam się wrócić do pokoju po dowód.

W naszym hostelu panował ogólnie bardzo fajny klimat. Taki wręcz akademicki. Nie ważne, że była wspólna kuchnia i łazienki. Było pełno francuzów, niemców i chińczyków. W piątek na dachu hostelu była organizowana impreza dla wszystkich, trzeba było wziąć tylko swój alkohol. Oczywiście nie mogło nas tam zabraknąć.


po imprezie





Rano wybrałyśmy się do firmy od której wynajełyśmy samochód, aby coś zaradzili a najlepiej wymienili nam samochód. Pomimo, że nie miałyśmy GPS'a jakoś udało nam się znaleźć tą firmę. Bardzo nie miła pani, powiedziała, że nie ma już samochód i dała nam adres do innej siedziby. Nie ważne, że nie miałyśmy zielonego pojęcia gdzie to jest. Ale dla nas nie było rzeczy niemożliwych. Jakoś udało nam się odnaleźć i drugą firmę. Tam również nie mieli dla nas samochodu. Jeden pan, chyba manager chciał dać nam zastępczego GPS'a, ale drugi mądry pan na zwykłym stanowisku wytłumaczył mu, że to głupi pomysł. Zaproponowali nam abyśmy pojechały na lotnisko, tam na bank nam dadzą samochód. Zdenerwowałam się z lekka i kulturalnie wytłumaczyłam panu, że nie mamy GPS'a i nie zamierzamy jeździć przez pół Chicago. Mamy wakacje i powinniśmy teraz być w downtown i zwiedzać a nie jeździć od jednego punku do drugiego. No to znalazło się drugie wyjście. Pan manager zaproponował, abyśmy pojechały do serwisu i tam naprawią nam zapalniczkę. I tak też zrobiłyśmy. Naprawa trwała ok 30 min. I miałyśmy już to za sobą i nie martwiłyśmy się o drogę powrotną.

Zaparkowałyśmy samochód, spisałyśmy miejsca które chcemy odwiedzić i pojechałyśmy do downtown za $2,25 metrem. Pozwiedzałyśmy okolice, zaliczyłyśmy wszystkie punkty z kartki i na koniec zostawiłyśmy sobie najlepsze. Na koniec poszłyśmy na skydeck. Szczerze, to jeśli zamierzacie się tam wybrać to zdecydowanie potrzebujecie więcej czasu, bo nam zajęło to 2 godziny. Stałyśmy chyba w 8 kolejkach. Jedna do windy, robili zdjęcia, rentgen, bilety, znowu winda, film i znowu winda. Dużo osób rezygnowało już w drugiej kolejce. Bilet kosztował $18 na łebka. Widok był cudowny, ale dopchać się gdzieś też nie należało do najłatwiejszych.













Byłyśmy coś zjeść i udałyśmy się do metra. Tam znów zaczęły się problemy. Pan nas poinformował, że nie można kupić biletu kartą. Miałam problem wcześniej z 4 bankomatów wypłacić pieniądze, więc droga z kapcia wisiała w powietrzu. Trzeba było iść znaleźć bankomat. Na szczęście z jednego udało się wypłacić pieniądze. Wróciłyśmy, a pan z metra poinformował nas, że jak włożę $20 to już nie dostanę reszty. No spoko, co jak co, ale nie dam $20 za 2 bilety. Wróciłyśmy szukać kogoś, kto nam rozmieni pieniądze. Wszystko praktycznie już pozamykane, jeden koleś na ulicy nawet udała, że nie rozumie pytania. Na szczęścicie Starbucks, był otwarty. Już nie chciałam ryzykować, więc po prostu kupiłam herbatę, której nie potrzebowałam. Wróciłyśmy do merta i pojechałyśmy do hostelu.

Rano o 5 zrobiłam pobudkę, bo miałyśmy iść do kościoła. Na szczęście polski kościół był bardzo blisko, ale nie obyło się bez jazdy samochodem :) Kościół był piękny, będąc tam czułam się niemal jak w domu :)

Po rezurekcji, zrobiłyśmy sobie gofry w kuchni z niemcami i chińczykami. Spakowałyśmy się i ruszyłyśmy dalej. W niedziele naszym głównym celem było szukanie Polski. Ulica Milwaukee, to chyba jedna z największych w Chicago, bo końca nie było widać. No ale na szczęście się udało, znaleźć kawałek Polski.  Ogólnie obecnie Jackowo oblegane jest nie przez polaków, tylko przez meksykańczyków. Nawet co mnie bardzo zdziwiło w polskim sklepie sprzedawali meksykanie. Ze względu, że była to niedziela wielkanocna, prawie wszystko było zamknięte. Udało nam się znaleźć jedną z najlepszych ogólnie polskich restauracji w stanach, która była otwarta. Obsługa była strasznie miła i bardzo fajnie bylo usłyszeć polskie głosy i zamawiać po polsku :) Zamówiłyśmy wielkanocny talerz. Nie ważne, że było to praktycznie nasze śniadanie i zamówiłyśmy je dopiero ok 13. W skład talerza wchodziło: jajko z łososiem i kawiorem, żurek z jajkiem, sałatka, szynka, biała kiełbasa, podsmażana cebulka, czerwona kapusta i na deser mazurek. A i byl oczywiście chrzan, który chodził za mną od kiedy w radiu Magda G. opowiadała o chrzanie.











Po obfitej uczcie udałyśmy się do muzeum, na nasze nieszczęście było zamknięte. Więc nie pozostało nam nic innego jak pożegnać się z Chicago i ruszyć w drogę. W drodze powrotnej nie obyło się bez przygód. Deszcz tak ciężko napierdalał, że nic kompletnie nie było widać. Na szczęście dopisywał, nam zajebisty humor. Jak my to w ameryce nazywamy "backing" :P














gwałt moich telefonów :) 


24 komentarze:

  1. do Stanów od razu pojechałas z Natalią? czy poznałyście się dopiero tam? jak to wyglądało?

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie, wszystko i wyłącznie dlatego, że obie blogujemy. Jej koleżanka znalazła mojego bloga i podała Natalii. Potem spotkałyśmy się na urodzinach jednej au pair i tak już zostało. Po dziś dzień, każdą wolną chwilę spędzam z nią !! :D

    OdpowiedzUsuń
  3. łoo fajna wyprawa! I zdjecia tez. pozazdroscic

    OdpowiedzUsuń
  4. no to że sie lubimy nie znaczy ze musisz pokazywac moje brudne stopki :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mówiłam, żebyś wyszła z kadru, to nie :P

      Usuń
  5. chciałam tylko wspomniec, że to JA JA;))ja znalazłam Ciebie i powiedziałam Natalii;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i jestem Ci bardzo za to wdzięczna :D

      Usuń
    2. nie ma za co;))fajnie miec kogoś z Pl obok siebie;))))

      Usuń
    3. No ja tez jestem tobie bardzo widzeczna :*

      Usuń
  6. to widzę była bardzo ciekawa wycieczka ;)
    bardzo fajna notka i muszę przyznać, że to wielce sympatyczne blog!
    pozdrawiam, Pola ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Z Lechem zawsze impreza udana ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. a duże jest prawdopodobieństwo że gdzieś niedaleko tzn w tym samym stranie trafi się inna polka qu pairka?

    OdpowiedzUsuń
  9. jesli wybierasz sie do duzego stanu, do duzego miasta to jest bardzo duze prawdopodobienstwo ze znajdzie sie nastepna polka :) ale inne dziewczyny tez sa spoko :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. taaa.. zwłaszcza Francuski :P Jakby nie było tu Natalii to prawdopodobnie nie znalazłabym innej au pair polki w promilu 3 stanów łącznie z Ohio. Ludzie uważają, że Ohio i stany sąsiednie sa nudne, ale to nie jest prawda. Ohio jest fuckin' awesome :P

      Usuń
  10. Fajna, obszerna relacja. :)
    No i uwielbiam Wasze przygody <3

    OdpowiedzUsuń
  11. Hej,mam pytanko ;D
    twój tatuaż na szyi to kod kreskowy ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza sie, a gdzie sie go dopatrzylas ?? ;)

      Usuń
    2. o tutaj http://lifeaupair.blogspot.com/2012/12/holiday.html :D bolało? Od dawna myślę nad tatuażem i też chciałam kod kreskowy na szyi,ale zobaczę jeszcze.Zrobiłabyś go jeszcze raz?

      Usuń
    3. Czy bolało? balam się bardziej niż bylo to warte. Ja mogę to porównać do depilatora i wyrywania włosów :) Mam go na karku, więc nie mam z nim bezpośredniego kontaktu - więc nigdy mi sie nie znudzi. Wiele ludzi nieraz pyta mi się "co Ty masz na szyi? ja zaczynam panikować, że pająk czy inny cud Boży, a im chodzi o mój tatuaż o którym zapominam. Nie przeszkadza mi, uwielbiam go i zrobiłam bym go jeszcze raz :)

      Usuń
    4. to bez lipy hehe :D chyba sobie zrobię na podobe twojego,a te cyfry to jakieś twoje czy obojętnie jakie wybrałaś ?

      Usuń
    5. przypadkowe liczby, to byłoby bezsensu. Mam wytatuowany kod kreskowy z moją datą urodzenia :)

      Usuń
  12. Poza tym że świetna relacja to i dobra muzyka przy tym - Calvin Harris i Ellie Goulding :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  13. ale ci zazdroszczę <3
    słuchaj, mam pytanie..
    trzeba zdawać maturę, żeby wyjechać, czy tylko skończyć szkołę średnią? :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Widać, że mega udana wycieczka :D
    Mam sporo znajomych au pair'ek ale jednak najlepiej spędza mi się czas Karoliną, którą poznałam na szkoleniu ;)

    OdpowiedzUsuń